Habilitacja po polsku
Trwają prace nad gruntowną reformą polskiego szkolnictwa wyższego, którą planuje się przeprowadzić do 2020 roku. Publiczna debata w prasie na ten temat okazała się żarliwą dyskusją dotyczącą systemu stopni naukowych, a szczególnie kontrowersyjnego tytułu doktora habilitowanego. W rzeczywistości nie jest to medialny bełkot a autentyczna bolączka, godna wysłanego do premiera „Listu 44” i wielokrotnych komentarzy minister Barbary Kudryckiej.
Z czym doktorzy muszą się zmierzyć
Po pierwsze, doktorzy zamierzający uzyskać habilitację muszą uzbroić się w cierpliwość, ponieważ cały proces może potrwać nawet kilkanaście lat, w zależności od indywidualnej organizacji pracy. Oczywiście habilitację można zrobić dużo szybciej, o czym świadczy przypadek kilkumiesięcznego przedsięwzięcia zakończonego sukcesem. Cierpliwość ma duży związek z wytrzymałością zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Jak każda praca dyplomowa, habilitacja wymaga dużych nakładów energii, z tym że w znacznie większym stopniu. Trzeba przejść przez kolejne etapy procesu, które wiążą się z licznymi niedogodnościami. Kandydat zobowiązany jest w pierwszej kolejności wykazać się rozprawą habilitacyjną, którą może być jedna publikacja bądź cykl tematycznie powiązanych publikacji. Nie mogą być to jednak „pierwsze lepsze” publikacje. Istnieją kryteria określone ustawowo, mówiące o znacznym wkładzie w dziedzinę nauki. Ilość tekstu jest narzucona: zaleca się nie przekraczanie 200 stron formatu A4, a optymalnie – zakres od 100 do 140 stron, czyli od 5 do 7 arkuszy. Ponadto, tematyka pracy musi być inna w stosunku do wcześniejszej pracy doktorskiej. Na szczęście jest też i udogodnienie. Za rozprawę można uznać wkład w pracę zbiorową, potwierdzony oświadczeniami wszystkich współautorów o ich własnym wkładzie w ową pracę naukową.